Sunday, 17 November 2019

Costa Rica, vulkan Irazu i prezentacja czekolady

Po co podrozowac na drugi koniec swiata,  wydawac pieniadze i narazac sie na niewygody i niebezpieczenstwa? Coz, czasami tylko w podrozy mozna otrzymac odpowiedzi na nurtujace pytania i to w sposob tak wyrazny, ze wrecz prawda puka cie w czolo!
Ale od poczatku. Przyznam sie, ze wczoraj nie bylam w najlepszym stanie ducha. Jak rozpieszczona paniusia,  krecilam nosem na moje tymczasowe lokum i czulam sie przytloczona. Po co mi te podroze? Nie za stara jestem na te niewygody? Zamiast wydawac, moglabym sobie na kredyt wplacic. Itd, itp.
Przemeczylam sie do 21, ktora dla mnie byla 3 nad ranem UK czasu i padlam na twarz. Obudzilam sie żeśka i wyspana... o 3 nad ranem. Coz, przynajmniej mam czas zrobic plany i sprawdzic co jest dookola. Postanowilam wybrac sie na wulkan Irazu, okolo 2 godzin autobusem od San Jose a potem na prezentacje czekolady- oslodzic smutki.
W drodze na autobus przeznaczenie stanelo mi na drodze. Bylo bezzebne, chude i z niewinnym usmiechem zaczepilo mnie po angielsku: "jestem z Kalifornii, wlasnie mnie okradli, kupisz mi hamburgera? Nie prosze o pieniadze".  Ok, zla karma odmowic glodnemu jedzenia. "Ok, chodz do macdonalda". Przenaczenie w usmiechu pokazalo mi wszytkie szczerby po zebach i ruszylo za mna.
I tam wlasnie, w kolejce po happy meal, poznalam Leonarda z Brazylii, ktory zostal moim towarzyszem podrozy. Jak tu nie wierzyc w Przeznaczenie i teorie przypadku?
 Zostawilismy Bezzebne Przenaczenie żrące hamburgera i ruszylismi razem na przystanek. Tam doczepil sie do nas starszy pan o kulach ze Szwajcarii. Okazalo sie ze Szwajcar jest emerytem, ktory zwiedza Ameryke Srodkowa zeby nauczyc sie Hiszpanskiego.  Podrozuje sam i takie szczegoly jak ponad 70 lat na karku i chodzenie o kulach nie sa w stanie go powstrzymac zeby sie wspac na wulkan na 3400 metrach.
A ja narzekalam ze jestem juz stara i do niczego.  A tu taki zawodnik!
Leo i ja bylismy pelni podziwu. Wspinaczka okazala sie szokiem dla moich pluc, 3400m wysokosci na starcie robi swoje. Ale tylko pierwsze 30 minut bylo dosc ciezkie, pozniej nie czulam zmeczenia, bylam cala zaabsobowana pieknem czynnego wulkanu i milym towarzystwem Leo. Jeden z kraterow wypelniony byl jeziorem kwasu o niesamowitym intensywnie niebieskim kolorze.  Sceneria piekna. Pogoda zmienia sie co 5 minut- slonce, mzawka, deszcz, znowu slonce. Dla zainteresowanych, autobus na wulkan Irazu wyjezdza o 8 rano z przystanku obok Teatru Narodowego a naprzeciwko Costa Rica Hotel, podroz trwa 2 godziny i kosztuje $5w kazda strone. Wejscie do parku to $15 i trzeba pamietac, ze autobus powrotny wyjezdza o 12.30. Ale 2 godziny wystarcza, zeby obejsc wszystko i nacieszyc sie parkiem.
Po powrocie do San Jose udalismy sie z Leo na prezentacje czekolady. Dwie przemile dziewczyny opowiedzialy o historii i tajnikach przygotowania. Bylo nawet tworzenie wlasnej czekolady- z dodatkami. Do wyboru sol, pieprz, kardamon, imbir, suszona kurkuma, hibiskus. Czekolada byla znana ludziom od 5 tysiecy lat, pod postacia owocu. Okolo 2 tysiace lat temu, ktos wrzucil ziarna owocu czekolady do ognia i poczul mily slodki zapach. Od tego czasu, ludzie zargryzali prazone ziarna, czasem mielili je, dodawali wody i chili, i pili ostro-gorzki wywar. Po najezdzie Hiszpanow,  proces zostal zmieniony. Zamiast chilli wymieszano proszek czekoladowy z cukrem i woda i podawano do picia. Poczatkowo tylko krol i jego goscie mieli do niego dostep. Tylko sosunkowo niedawno,  od okolo 200 lat produkcja zostala zmieniona i czekolada jest dostepna w kostce. Niestety przyszlosc czekolady jest niepewna. Owoc powstaje z miniaturowego kwiatka, ktory moze byc zapylony tylko przez jeden gatunek malutkiego komara, obecnie na liscie owadow krytycznie zagrozonych wymarciem, z powodu zatrucia pestycydami. Proby zapylenia przez pszczoly , czy sztucznie- za pomoca igly koncza sie zawsze zniszczeniem kwiatu. Takze jedzcie czekolade, puki mozecie, kto wie ile jeszcze komar- zapylacz przetrwa. A potem? Wyrob czekoladopodobny czyli powtorka z rozrywki.
Ponad dwu godzinna prezentacja jest do kupienia przez internet. Polecam Botanica Chocolate, przy ambadadzie Meksykanskiej. Ludzie ktorzy prowadza prezentacje to prawdziwi fascynaci i potrafia zarazic swoja pasja. Po za tym cena- $36 jest najbardziej przystepna za tego typu atrakcje w San Jose.

Pozegnalam sie z Leo i z lekkim sercem ruszylam do hostelu.

Po co podrozowac? Zeby poznawac ciekawych, fascynujacych  (lub po prostu mega przystojnych) ludzi, zeby rozkoszowac sie nowymi doznaniami i pokonywac strach, ktory jak chwast czeka cichutko i ukrywa sie pod maska wygody, a tak naprawde odbiera mozliwosci smakowania zycia. A czy mozna  byc za starym na podroze? Oczywiscie i to nawet w wieku lat 20.  O ile tylko sobie to wmowisz. Az do czasu kiedy staruszek o dwoch laskach wspinajacy sie na szczyt wulkanu przypomni ci, ze bariery istnieja tylko w twojej glowie.

Saturday, 16 November 2019

Costa Rica

Miesiace planowania, tydzien pakowania, 11 godzin w samolocie i 4 nowosci filmowe i oto jestem na Kostaryce.
Mialam wielka ochote spedzic moje 40ste urodziny z daleka od swiata i w cieplym klimacie, wiec postanowilam uciec na drugi koniec swiata. 
Drugi koniec to moze i jest, klimat jest cieply ale wpadlam dokladnie na koniec pory deszczowej. Wychodzac z lotniska trafilam na urwanie chmury i potoki plynace po chodnikach.  Zrezygnowalam z lokalnego autobusu i postanowilam wziac taksowke do mojego hostelu. Pierwsze wrazenia byly nieco przytloczone jetlagiem. Nie wiedzialam w sumie czego sie spodziewac, bo nigdy nawet nie bylam na tym kontynencie. Bardzo mily taksowkarz przeniosl moje bagaze pod zakratowany bunkier ktory okazal sie moim hostelem. Recepcjonista- chyba wlasciciel, przeprowadzil ze mna prawdziwy wywiad srodowiskowy, polecil kilka miejsc do zwiedzania i zaprowadzil do mojego pokoju bez okna ale za to z olbrzymim lozem. 
Zostawilam swoje rzeczy i ruszylam na miasto ponaglana ostrzezeniem zeby po nocy sie nie wloczyc. 
San Jose to z pewnoscia nie Bruksela, ale nie jest to tez trzeci swiat. Troche zastanawiaja mnie budynki- zarowno domy prywatne jak i biznesy sa zakratowane.  Nie moglam znalezc ani jednego bankomatu, choc slyszalam , ze nie ma z nimi problemu. Ulice sa zywe, sklepy z glosna muzyka, handlarze glosno zachwalaja towary , nad tym wszystkim unosi sie gwar ptakow, chyba papug, choc ani jednej nie udalo mi sie dojrzec. 
Zjadlam salatke w malenkim lokalu kolo hotelu, avocado smakuje tu zupelnie inaczej. Jest mniejsze i jakby bardziej tluste. Cytryna byla lekko pomaranczowa w srodu i nieco bardziej kwasna.
Jutro przyjrze sie miastu na nowo- tym razem wypoczeta.
Rada na jetlaga- od razu wejsc w rytm czasowy. Czyli jeszcze conajmniej 2 godzint do snu. Jak ja wytrzymam???

Tuesday, 24 September 2019

Bath

Gdzie uciec od zgielku londynskiego zycia? Oczywiscie do Bath. Cale szczescie, ze miasto nie jest jeszcze zbyt popularne wsrod turystow ( z wyjatkiem chinczykow i japonczykow), ale to moze sie zmienic w kazdej chwili. Autobus z Londynu dojechal do Bath w 4 godziny, ale tylko z powodu korkow i oczywiscie mojego skapstwa- pociag byl 6 razy drozszy.
Wysiadlam na przystanku kolo rzeki Avon, bardzo popularna nazwa w Anglii. Legenda glosi, ze pewien Rzymianin zapytal napotkanego Celta "jak ta rzeka sie zwie". Celt nie do konca go zrozumial, wiec myslac ze tepy Rzymianin po prostu pyta go "co to jest", pokazujac na rzeke, odparl, "to jest rzeka" ( rzeka po celtyku to avon. ) i tym sposobem, z powodu slabej komunikacji celtycko rzymskiej, co druga rzeka nazywa sie Avon.

No coz, jestem juz w Bath, urzeczona gregorianskim budownictwem, ktore otacza mnie dookola, ale odezwal  sie niestety glod. Ale w takim miejscu nie mozna udac sie byle gdzie. W zwiazku z tym, udaje sie do najstarszej resturacji w miescie, ktora miesci sie w (ponoc) najstarszym domu w Bath, zbudowanym w 1482.  Resteuracja jest otwara od 1680 roku. Pewna Francuska, Sally Lunn, zrobila kariere i duze pieniadze, wypiekajac pulchne bulki, wielkosci chleba, ktore tak przypadly ludzion fo gustu, ze do tej pory sa popularne. Mozna sprobowac tych przysmakow w Sally Lunn's Eating House. Placki podawane sa na slodko, lub slono-z kurczakiem, serem lub warzywami. Receptura nie zmienila sie od XVII wieku. Moim zdaniem sa dosc mdle i niespecjalne, ale coz- bylam, sprobowalam, ocenilam.


Minuta od Sally Lunn znajduje sie Bath Abbey. Nazwa nest mylaca, bo abbey to opactwo, a Bath Abbey wlasciwie nie bylo opactwem, bo nigdy nie mieszkali tam mnisi. Podobno pierwszy kosciol zbudowany byl kolo VII wieku przez zakonnice, ale szybko sie wyniosly. Slynny Henryk VIII byl dosc laskawy dla abbey (pewno dlatego, ze bylo to opactwo tylko z imienia) i budynek sie ostal i jest piekny!

Nie zachwycalam sie abbey zbyt dlugo, bo spieszylam sie na zorganizowana wycieczke po miescie. Codziennie o 10.30 i 14 mozna sie przylaczyc do grupy. Przewodnicy maja niesamowita wiedze i co najlepsze- oprowadzaja za darmo!
 Historia Bath jest bardzo interesujaca, bo zaczela sie milion lat temu! W tym czasie na terenie Bath wytrysly gorace zrodla.
Legenda glosi ze kolo IX w p.n.e ksiaze Bladud, pozniejszy ojciec krola Leara (tego od Szekspira) pasl swienie w okolicy. Dlaczego ksiaze pasie swienie? Podobno zlapal trad i zostal wygnany z dworu.  Swinie tez byly zainfekowane, ale po tym jak wpadly do goracych zrodel , ich trad zostal uleczony. Ksiaze Bladud tez sie tam wykapal i zostal ozdrowiony. Z wdziecznosci zalozyl tam laznie.
Ale to tylko legenda. kolo roku 40 n.e, zawitali w te tereny Rzymianie. Znalezli mokradla i gorace zrodla, ktore uznali za swiete. I tam wlasnie zbudowali kompleks lazni i swiatyn na czesc Minerwy-Sulis. Minerwa to boginii rzymska, Sulis-jest jej Celtyckim odpowiednikiem. Laznie mozna zwiedzac do dzis, do 1976roku mozna bylo sie tam kapac. Dzis to tylko museum, ale naturalnej goracej wody mozna uzyc w pobliskim Spa Thermae. Historia lazni jest fascynujaca, bo mozna doszukac sie jak wiele zawdzieczamy rzymianom- pierwszy system kanalizacyjny, podgrzewane podlogi, nawet jacuzzi- wszystko to bylo uzywane w starozytnych lazniach.
Rzymianie wyniesli sie kolo 400 r ne i przed wiele lat nic sie dzialo. Laznie popadly w ruine.

Wiadomo ze w gregorianscy krolowie angielscy odwiedzali Bath dla leczacych kapieli, mimo ze miasto bylo dosc nedzne. W XVIII w zakwitla gregorianska architektura, dzieki budowlom Johna Wooda i jego syna, miedzy innymi, slynnym Royal Crescent.
Spacer po miescie to czysta przyjemnosc dla oczu. Nieliczne nowoczesne budynki stoja w miejscach bombardowania niemieckiego w 1942, ale jest ich niewiele. Ja czulam sie jak za czasow Jane Austin, ktora spedzila w Bath 5 lat.
Co za romantyczne miejsce....
Oprocz historii i architektury, Bath ma tez super spa.  Mozna wykapac sie w termalnych zrodkach, ktore doprowadzone sa do otwartego horacego basenu na dachu. Widoki na abbey i pobliskie wzgorza, cudo!  Pozniej polecam przeniesc sie na dolne pietro z sauna, jest mokra sauna minerwy z wizerunkiem bogini, sucha sauna, ice room dla odwaznych, i moje ulubione miejsce- celestrial room. Gwiazdzisty pokoj z olbrzymim ekranem. Lezac na mozaikowym lezaku przeniesiesz sie w glebiny kosmosu i ukoisz zmysly obrazami nebula, gwiazd i planet. Autentycznie bylam w niebie. Dostepne sa tez zabiegi upiekszajace i masaze. W pakiecie jest tez kolacja. Kuchnia, niestety angielska.
Mimo ze mialam dwa dni deszczu, spedzilam super odprezajaco czas. Czuje sie zainspirowana historia Jane Austin i zaciekawiona jej zyciem, z pewnoscia kupie ksiazke po powrocie do Londynu! Co ciekawe w tak starozytnym miescie, to odkrycie ze ludzie sa po prostu ludzmi, bez wzgledu na epoke historyczna. Starozytni rzymianie rzucali klatwy do zrodla minerwy zeby ukarac zlodzieja ktory sprzatnal im tunike, podczas gdy oni plotkowali z sasiadami w lazni. Jane Austen odmawiala zamazpojscia bez milosci i borykala sie z klopotami finansowymi i znalezieniem wydawcy swoich ksiazek.
Gregotianscy kuracjusze pili wode z goracych zrodel i jedli suche ciastka zeby zrzucic wage.
Tysiace lat ludzkich historii w tym pieknym, starozytnym miescie...


The Pump Room- resteuracja przy lazniach. Mozna zjesc sniadanie przy akompaniamencie fortepianu.


W Fashion Museum mozna przymierzyc stroje z epoki.



Tak wygladala Jane Austen



Museum Victorii- interesujaca kolekcja, swietne miejsce na przeczekanie 30 minut deszczu


Ostatniego dnia, pogodne niebo poddalo i pomysl zeby wybrac sie na Skyline Walk, czyli 7 milowy hike po okolicznych ladach i polach. Mapke mozna dostac za darmo na stacji albo w tourist imformation. Trasa prowadzi wokolo kampusu uniwesytetu Bath i pòl golfowych i jest zachwycajaco piekna. Warto zboczyc nieco z trasy, zeby obejrzec Sham Castle. Jezeli ktos ma malo czasu to od Sham Castle mozna tez pojsc na skroty i ominac czesc trasy. Niestety bylam zmuszona wziac skroty, gdyz nie moglam sie rozeznac w mapie po punkcie 4 i skonzylam błądząc po polu golfowym,
Zaoszczedzony czas przeznaczylam na dalsze zwiedzanie miasta,  trafilam na przeurocza wystawe porcelany Candace Bahouth w Holbourne museum. Mieli tez szkice Matissa, ale mnie nie zachwycily.  Na koniec trafilam do Royal Crescent. Moje plany zeby zjesc cos u Sally nie udaly sie, ulica byla zamknieta, bo krecili film, co jest czeste w Bath. Pamiecie Nedznikow i scene jak Russell Crowle rzuca sie z mostu? Tez byla krecona w Bath, na Putney bridge, wcale nie w Paryzu. Dowod znajdziesz ponizej








Sunday, 12 August 2018

Bajkal, Syberia

Bajkał jest drugim co do wielkości jeziorem Azji ale za to  najgłebszym na świecie, w niektòrych miejscach głebokość to ponad 1.6 km. Bajkał zawiera 20% światowych zapasòw słodkiej wody. I jest przepiękny. Wyspa Olchoń na Bajkale, czyli dosłownie "mało drzew" jest słynna jako centrum szamanizmu i posiada magiczną i bardzo malowniczą gòrę Szamankę, jedną z 5 okręgòw o wysokiej spirytualnej energii. Olchoń zamieszkały jest głòwnie przez Buriatòw, ale coraz więcej tutaj turystòw i małych hosteli czy domkòw letniskowych. Lusksusòw nie należy się spodziewać, do wyspy dopiero w 2005 dotarła elektryczność, więc infrastruktura jest wciąż mało rozwinięta, choć w niektòrych miejscach można spotkać wi fi czy nawet porządną toaletę. Dotrzeć można tu busem z Irkucka, jedzie się jakieś 4.5 godziny, trzeba też wziąć prom na wyspę, ktòry płynie może 10 minut. Zimą Bajkał zamarza i wtedy samo jezioro używane jest jako jezdnia. Miejscowi organzują wtedy dla turystòw ogniska na lodzie, psie zaprzęgi, pokazy rzeźb lodowych. Za Stalina, zimą kładziono tory na lodzie i puszczano nimi pociągi. Wiosną tory sie topiły. Słyszalam, że na dnie jeziora opròcz stalinowskich toròw spoczywa też kilkadziesiąt samochodòw. Wody Bajkału sa przejrzyste na wiele metrów ale kąpiel jest niebezpieczna, bajkał jest najwiekszą kryptodresją na świecie i już kilka metròw od brzegu może być ponad 800 metròw głeboki. Przez jakiś czas wody były zanieczyszczane, teraz jest to zabronione ale koleżanka z wycieczki powiedziała mi, że widziała rury kanalizacyjne prowadzące wprost do jeziora. Co za barbarzyństwo.
Moja wycieczka zamieszkała w pensjonacie "sosnowy" otwartym dopiero 3 tygodnie temu. Pensjonat jest prowadzony przez młoda Ukrainkę, Julie. Goście opròcz Polakòw to Ukraińcy i Buriaci ( lub Mongołowie, dla mnie wygladają podobnie). Buriaci trzymali się osobno, Ukrańcy przyłączyli się do naszego ogniska, śpiewali z nami piosenki, śmiali się, pili i rozmawiali. Nie lubię Ukraińcòw za ich obojetność i okrucieństwo dla zwierząt. Jeden z gości z dumą pokazuje zdjęcia zastrzelonego niedźwiedzia. Odbieram to jako pokaz siły, bezwzględności i groźbę pod naszym adresem. Nasza gospodyni trzyma psa na kròtkim łancuchu, biedne zwierzę nie ma nawet budy żeby schronić się przed slońcem czy deszczem. Dla ochłody pies kopie sobie dołek w piasku. Na moje protesty Julia wzrusza ramionami " toz to sabaka". Sabaka musi cierpieć.
Drugiego dnia jedziemy uazami wgłąb wyspy,  docieramy do miejsca gdzie miescił się gułag, dziś jest to piękna polana z kafejką i sklepem z pamiątkami. Zsyłano tu Polakòw po powstaniu styczniowym do pracy przy obròbce ryb. Dalej jedziemy do stacji meteorologicznej. Stacja produkuje własny prąd z paneli słonecznych i wiatrakòw, a do najbliższego sklepu jest 3 godziny jazdy uazem przez las. W lesie czuję niezwykłą energię, obejmuję drzewa, robi mi się błogo. Kierowcy czętują nas uchą, miejscową zupą rybną.
Wieczorem oglądam zachòd słońca przy świętej gòrze Szamance, robię kilka zdjeć pod słonce na ktòrych pojawiają się tajemnicze zielone koła, orby. Koleżanka mòwi, że orby pojawiają się tylko w miejscach o wysokiej spirytualnej energii. Sprawdzam tę teorie i robie zdjęcie w innym miejscu,  na naszej plaży, też pod słońce. Orby już się nie pojawiają... ciekawe.... moi towarzysze zamawiają banie, czyli saune w drewnianym domku, po której można się ochłodzić w zimnych wodach jeziora.
Następnego dnia jedziemy z powrotem do Irkucka. Oglądamy jeszcze synagoge i najdalej na wschòd Azji wysunięty meczet, ostatnie zakupy i kolacja. Znòw zamawiam pyszne pierogi z wiśniami i cynamonem. Palce lizać! A jutro bez żalu opuszczę Rosje. Już tęsknię za domem. O dziwo, po tym wyjeździe, wolę Rosje niz Chiny. Może to uroda Bajkału, a może magiczna siła Szamanki.

Tuesday, 7 August 2018

Irkuck

Irkuck jest nowoczesnym miastem z 600 tys miaszkancow. Jest  stacja kolei i lotnisko. Ladne czyste miasto z duzym pomnikiem lenina i ulicami marksa, lenina i suhe batorego. Zalozony w XVII w 1661 rok przez Kozakow jako osada przędzalsko handlowa, w 1879 50% miasta spalilo sie.  Na poczatku XX w, po doprowadzeniu kolei, miasto zaczelo sie bardzo rowijac. Obecnie jest kilka bogato zdobionych cerkwii, oraz ciekawe muzeum itnograficzne ze zbiorami ubiorow i przedmiotow datujacych od neolitu, po wspolczesnosc. Mozna tam ogladac pamiatki kultury buriackiej i starocerkiewnej.
Ciekawostki o Ulan Bator. W 1920 roku studiowal tu Suhe Bator, przywodca rewolucji kominostycznej w Mongolii. Suhe Bator zyl tylko 30 lat i zostal znaleziony nadziany na wysoki druk podzczas czystek w latach 30tych. Przeprowadzil rewolucje w wieku 24 lat!
Patronami cerkwii objawienia, rowniez uwazani  za opiekunow rodziny jest sw Piotr i Fevronia. Legena glosi ze swieta para, po wielu latach zycie malzenskiego wybrala zycie zakonne. Po smierci pochowano ich oddziwlnie, ale w cudowny sposob, ciala znalazly sie w jednej trumnie. Dzis mlode pary robia sobie zdjecia przy posagu awietej pary , na szczescie.
Symbolem regionu jest Babr, czyli tygrys syberyjski z sobolem w pysku.
Polecam resteuracje Rossolnik na obiad, nie jest tania ale mozna poprobowac dan z regionu. Choc musze przynac, ze moja mam robi lepsze ruskie pierogi.

Kolej transsyberyjska i Mongolia

Bez zalu opuszczam chiny. Nie sadze ze chce tu wrocic. Moje top 3 to mur chinski, jedzeniè i opera. Zafascynowalo mnie rowniez ich pismo. Ale sam pekin jest smutnym miastem.

W pociagu jedziemy 2 klasa, sa kuszetki w wagonie, ja mam miejsce na gorze. Orient express to nie jest. Klima mrozi na mase. Widoki za oknem monotonne. Wielkie blokowiska przechodza w zielone pola. W przygranicznym miasteczku  Erenhot czekamy okolo 5 godzin. Podobno zmieniaja tory zeby dopasowac do mongolskich. Po polnocy mozemy wrocic do pociagu ale odpoczynek nie trwa dlugo- kontrola graniczna mongolska. Rano czas na rarytas, dostawili wagon resteuracyjny. Ceny norweskie, marne sniadanie kosztuje 15 euro. Cale szczescie w kazdym wagonie jest goraca woda wiec mozna sobie zrobic zupke chinska lub herbate.

Nasz przewodnik opowiada o mongolii, panstwie ignorowanym przez europe, mimo ze ma potencjal stac sie potega w przeciagu nastepnych 50 lat. Mongolia ma lepszy wskaznik demokracji niz japonia czy korea pd. Wzrost gospodarczy to okolo 8%, ale 10 lat temu siegal nawet 17. Jest panstwem bardzo bogatym w produkty naturalne, ma cala tablice pierwiastkow. Znane jest tez z produkcji najlepszego kaszmiru w Azji. W mongolii kobiety stanowia  glowny naped biznesu, wiekszosc firm nalezy do kobiet. Mezczyzni natomiast przewazaja w polityce. Swieto kobiet jest dniem wolnym od pracy. Mongolia, panstwo o 5 krotnym obszarze polski, ma tylko 3.5 milionow  mieszkancow, polowa mieszka w ulan bator. 1/4 mieszkancow dalej prowadzi zycie koczownicze i mieszka w tradycyjnych jurtach.
To najmniej zaludnione panstwo na swiecie.
Przystajemy na 5 minut w poradzieckiej osadzie Czojr (tlumaczenie to "wydzial filozofii"). Opròcz opuszczonej bazy radzieckiej i kilku odrapanych blokow mozna tu ogladac pomnik Gur Racje, pierwszego mongolskiego kosmonauty.
Mongolia podzielona jest na obszary i gminy, czyli ajmaki (21) i somony (365). Glowne miasta jak ulan bator stanowia odddzielny ajmak.
Ulan Bator znaczy doslownie czerwony bohater. Miasto wyglada troche jeszcze komunistycznie, ale bardzo sie rozwija- odremontowany budynek parlamemtu z dzingis hanem i pomnikiem Suhy Batora (w miejscu gdzie wyglaszal oredzie do ludu na koniu), szklany wiezowiec centrum biznesu, szerokie ulice, starbuck i kfc, angielskie nazwy na sklepach, szyldy zapraszajace na karaoke. Za budynkiem teatru narodowego do 2012 stal jeszcze pomnik lenina, ostatni obalony pomnik komunistyczny w europie.
Udajemy sie ogladac palac zimowy Bogdan Khana, bylego przywodzcy polityczno duchowego kraju. Bogdan Khan mial slonia jako domowe zwierzatko i kolekcjonowal wypchane zwierzeta calego swiata, juz go nie lubie. W palacu znajdujemy ciekawy pokaz- polskiego budde. Zostal zamowiony u ojcow (chyba paulinow) na Jasnej Gorze. Pieniadz jest pieniadz i ojcowie przyjeli hauture i wykonali kolekcje zlotych figurek buddy!
Pozniej wizyta w sklepie kaszmiru i idziemy na kolacje z pania profesor Altangerel,  ktora jest profesorem polonistyki na uniwerytecie w ulan bator. Pani profesor mowi pieknie po polsku i ubolewa ze polska zamknela ambasade w ulan bator. Nie moge zrozumiec dlaczego, bo polska  ma dodatni bilans handlu z mongolia, okolo $90 milionow.
Nastepnego dnia jedziemy ogladac konie przewalskiego do rezerwatu. W rezerwacie jest 360 konikow, bardzo malych o jasnej siersci. Genetycznie roznia sie od normalnych koni, maja ekstra 3 chromosomy. Konie sa dzikie i udaje sie nam zauwazyc tylko male kropki klusujace w gorach. Susly sa bardziej widocznie, urocze zwierzatka, ciekawie wyciagaja glowki i obserwuja nasz samochod. Okolo 15 milionow suslow zostalo zabitych przez chinczykow i teraz sa to zwierzeta chronione. W Mongolii kiedys stanowily przysmak, ale teraz zabicie susla jest ostro karane. Spotykamy tez polskiego vana, malzenstwo ktore jedzie z polski do alaski.

Po rezerwacie przewalskiego kilka godzin jazdy i docieramy do piaszczystej czesci pustyni gobi, gdzie lokalni mieszkancy oferuja przekazdzke na koniach i wielbladach. Waham sie, ale przewodnik zapewnia ze Mongolowie kochaja zwierzeta i traktuja je bardzo dobrze. Nawet ich pozdrowienie "jak sie masz" w jezyku mongolskim tlumaczy sie "czy twoje zwierzeta sa tluste". Widze kilka wielbladow luzem, wloczacych sie po pustyni. Nigdy nie sadzilam ze bede jezdzila wielbladem po wydmach pustyni gobi!
15 minut przejazdzki mi w zupelnosci wystarcza, podziwiam nomadow ktorzy cale dnie spedzali w siodle wielbladzim.
Kolejne kilka godzin w samochodzie na dziurawych drogach i dojezdzamy do dawnej stolicy Mongolii, Karakorum, zalozonej przez nastepce Chiningis Chana. Ze stolicy zostalo tylko kilka jamieni i olbrzymi kamienny zolw, podobno stal pod palacem chana. Po upadku dynasti mongolskiej juan, (w tym samie czasie co upadek oiastow) chinczycy zniszczyli doszczednie Karakorum. Dwa wieki pozniej na terenie starego Karakorum, zalozono klasztor Erdene Zuu, buddyzmy tybetanskiego. Czuc tutaj prawdziwy Mongolie, zielony step pod blekitem nieba, nie do opisania bezkresna dzika przestrzen.
Niestety musimy wracac do samochodu. Jazda jest meczarnia, dziura na dziurze, co chwila wszyscy skacza pod sufit. Ale okazuje sie, ze wcale nie jest tak zle. 30 km do naszego noclegu droga sie konczy i jedziemy stepem. Robi sie juz ciemno, a my zakopujemy sie na amen w srodku zadkiego lasu. Wszyscy pchamy samochod zakopujac sie w blocie, ja w bielutkich nowych adidaskach. Wreszcie ruszamy, ale po 5 minutach znowu jestesmy zakopani. Ale przygoda! Docieramy do jurt bardzo pozno, zmeczeni jak psy. W jurcie jest po 5 lozek, na srodku znajduje sie piec i drewno na opal. Jest przytulnie i zasypiam po kilku chwilach. Ale nastepnego dzien mamy luz bluz. Po sniadaniu spacer podmokla łąka i lasem, wsrod stad jakow i owiec, kapiel w goracych zrodlach, przejazdzka konna, wieczorny masaz. To jest zycie! Oddycham wolnoscia, podziwiam dzika przyrode. Na niebie kilkanascie jastrzebi wyszukuje obiadu, dookola zwierzatka, ktore wygladaly jak żòłte wiewiòrki probuja umknac przed jastrzebim wzrokiem, jaki i konie sie pasa lub odpoczywaja w trawie. Raj na ziemi.
Nastepnego dnia opuszczamy nasz "pensjonat" i wyboistym stepem jedziemy przez prowincje Arkhangai do lokalnego museum, ktore sluzylo wczesniej jako buddyjska swiatynia. Wlasciwa swiatynia jest wciaz kilka krokow dalej i przeszkadzamy mnichom, ktorzy wlasnie zasiedli do modlitw. Obchodzimy miejsce modlitewne zgodnie z ruchem wskazowek zegara, zeby okazac szacunek. Mnisi patrza na nas spod oka, z boku matka z dziecmi zamawia modlitwy u mnichow. Jeszcze zakupy w stolicy prowincji i czas w dalsza droge, tym razem szosa. Miasto Cecerlek, stolica rejonu, nieco przeraza, najbardziej widok swiezo zdartych skor koni i jakòw, jeszcze ociekajacych krwią, targanych przez lokalnych sprzedawcòw za ogony po ziemi.
Kilka słòw o kuchni mongolskiej. Mongołowie hodują 4 rodzaje zwiarzat: wielbłądy, konie, jaki (i krowy) i owce. Najczęściej jedzą wołowine lub mięso jaka, czasem też baranine. Żadziej mięso konia lub wielbłąda. Nie wiem jak smakuje, bo nie jem mięsa, ale podobno jest nieco twarde, bo Mongołowie nie lubią rozgotowanego mięsa. Wegeterianie też mogą smacznie zjeść, Mongołowie mają dobry chleb, ogòrki i pomidory, masło z mleka jaka, na śniadanie rodzaj pierożkòw z serem, warzywami lub kimchi (chinska kapusta). Na obiad są kotlety z ziemniaka i sera, sałatka i ryż. Smaczny jest też dżem jagodowy, wszystko organiczne. Nasz przewodnik kupil kumys, po mongolsku ajak, zsiadle mleko jaka lekko alkoholowe. Sprobowalismy rowniez sera jaka, ktory jest twardy i slodkawy.Ser jaka mozna przechywywac nawet kilkadziesiat lat.Nie widzialam zadnych okropnych potraw, jak oczy jaka, przed ktorymi ostrzegaja przewodniki.

Jedziemy na przelom rzeki Czulut,  powstalej po wybuchu wulkanu Orgo, okolo 7 tys lat temu. Rzeka plynie w glebokim korycie, po tym jak wybuch stworzyl kanion w ziemi. Obecnie jest 3 razy plytszy niz bezposrednio po wybuchu.

Wejscie na wulkan zajmuje 15 minut i nie jest trudne. Ale widok na czerwona kaldere jest piekny. Nie moge wyobrazic sobie sily, ktora bylaby w stanie opròżnić wnętrze gòry!  Mam duzo szczescia, deszcz zaczyna padac dopiero jak schodzimy z wulkanu. Za to robi sie coraz silniejszy. Kiedy dojezdzamy do jurt leje juz jak z cebra. Lazienka jest oddalona jakies 30 metro. Oh jak docenie moja sypialnie en suit, kiedy wroce do domu!
Deszcz wsiąka w grunt i tworzy masywne kałuży, więc nasz jutrzejszy wyjazd robi sie problematyczny. Przewodnik decyduje o wyjeździe o 4 rano. Nie ma zbyt duzo czasu na sen, ale jutro wracamy do Ułan Bator, wiec czeka nas caly dzien w samochodzie. Nie oznacza to spokojnego snu, bo przemieszczanie sie w Mongolii jest ekstremalne, nawet asfaltowe drogi sa dziurawe a my używamy ubocznych dròg stepowych, ktore lubią zamieniać sie w jeziorka i dostarczają mojemu żołądkowi niepowtarzalnych wrażeń. Prowincja nie jest dla wygodnych. Za to jest to jedne z niewielu miejsc, prawie zupełnie dzikich i wolnych od cywilizacji. Czuję sie jakby czas stanął w miejscu, albo cofnął sie o 800 lat, do czasu kiedy Czingis Chan jednoczyl dzikie hordy pod swoimi rządami.
Cały dzień jedziemy z powrotem do Ulan Baator, na czas żeby obejrzeć tradycyjne przedstawienie mongolskie- koncert muzyki z nieznanymi mi dotąd instrumentami,  śpiewu gardłowego, tadycyjnego tańca z maskami i kobiet gum. Jestem pod wrażeniem ròżnorodności i piękna mongolskiej kultury.
Nastnego dnia kròtkie zwiedzanie Ulan Bator, zaczynamy od głòwnego klasztoru buddyzmu tybetańskiego, Gandan Tegchenling. Klasztor pochodzi z początku wieku, ale został zamknięty przez komunistòw w latach latych 30stych a mnisi wymordowani. Klasztor zmieniono na stajnie. W latach 40stych komuniści odnowili klasztor, jako miejsce pokazowe dla zagranicznych gości dyplomatycznych. I tak już został do dziś. Mnisi codziennie sie modlą koło 9 rano, obserwowani przez tłumy turystòw. Odwiedzamy centrum buddyzmu z tradycyjnym szpitalem medycyny buddyjskiej, szkołą i apteką, potem kierujemy sie do museum Zanabazara, czyli sztuki mongolskiej. Zanazabar był przywòdcą duchowym i politycznym z XVIIw, genialny rzeźbiarzem, ktòry poddał Mongolie protektoratowi Chin. Kolorowa postać. Stworzył wiele rzeźb religijnych bogini Tary, ktòre wzorował na swojej młodo zmarłej kochance.
Ostatnim punktem jest museum wyroczni, gdyz wiele decyzji politycznych bylo poddawane ocenie wyroczni. Jest to kompleks kolorowych świątyń. Podobny system stosowano w Tybecie jeszcze w latach 50tych tego wieku, az do czasu ucieczki Dalai Lamy.

Kolej transsyberyska Mongolia- Rosja

Tym co narzekali na kolej transsyberyjską z Chin do Mongolii, szczęki opadły na widok rosyjskiego (chyba radzieckiego) pociągu tej linii. Zapomnij o klimatyzacji, nowoczesnych łazienkach w wagonie, dodatkowych umywalkach. Kozetki do spania wygladąją hardcorowo, wystròj w stylu związek radziecki w rozkwicie, łazienka z superowską toaletą, gzie klapka otwiera się bezpośrednio na tory. Ale klimat zmienia się natychmiast, wczyscy wylęgają na korytarz, rozmowy o starych polakach itd. Jedzie sie super, mimo że luksusòw nie ma żadnych. Nawet nie da sie naładować telefonu, na cały wagon jest jedno slabo dzialajace gniazdko. I za takie "luksusy" płaci sie drożej niż za bilet samolotowy. Kontrola graniczna też w stylu związku radzieckiego, potężna herod baba celniczka wyprasza wszystkich z przeciału, obszukują torby, w przedziale pbok nawet odkręcają sufit, żeby sprawdzić czy nic nie przemycamy. Chińczycy i Mongołowie byli znacznie bardziej "wysublimowani".

Pekin




Piątek spędziłam na poznawaniu dwòch lotnisk, i to dość dokładnie. Rosyjskie szeremetiewo wydało mi się olbrzymie. Heathrow jest niewielkie w poròwnaniu z nim. Branżowe sklepy, brudne toalety i obsługa jak na "Misu". Plusem jest hotel tranzytowy w przystępnej cenie, gdzie można wziąć prysznic i przespać się na porządnym lòżku. Mam jednorazową wizę do Rosji, więc nie mogę opuszczać terenu lotniska, inne hotele nie wchodzą w gre. Na śniadanie naleśniki z serem jak u mamy i już aerolotem lecę do Pekinu. Pekin, przyloty, znowu brudne toalety, tym razem "na narciarza" (jak tesknię za japonią), a z wersji jedzenia wegeteriańskiego jest kawa lub herbata. No i orzeszki. Na słodkie bułki nie mam ochoty. Z niecierpliwoscią oczekuję mojej grupy, ktòra leci z Warszawy. 2.5 godziny spòźnienia. Po 3 godzinach, wciąż sama na lotnisku, zaczynam panikować. Ale z ulgą znajduje naszego przewodnika, Maćka. Jest młody, przystojny, sympatyczny i dość roztrzepany. Powoli pojawiają się osoby z mojej grupy i moje oczy otwierają się coraz szerzej. Jestem na pewno najmłodsza, a jedna z uczestniczek to 84 letnia babcia o lasce.  Wreszcie 16 obcych osòb  wita się i kierujemy pierwsze kroki do kantoru lotniskowego  a potem do autokaru. Powietrze jest jak gesta, śmierdząca zupa. Po minucie ubranie przylepia się do ciała, pot leje sie z każdego pora. Jedziemy do świątyni lamy, obiektu buddyzmu tybetańskiego, jednej z najważniejszych religii Chin. Wielki  plac zbudowany na planie kwadratu, z kilkoma światyniami ozdobionymi rzeźbami trzech wcieleń Buddy, poprzedniej, teraźniejszej i przyszłej. Wiele osòb składa ofiary z kadzidełek przed dymiącymi ołtarzami. Zachwycający jest 28 metrowy złoty posąg Buddy. Następny przystanek to niebiańska swiątynia, obiekt unesco. Kolorowe stupy, żar leje się z nieba, oczy same sie zamykają. Marzę o łòżku i prysznicu.
Wieczorem kolacja z kaczką w tradycyjnym pekińskim stylu. Resteuracja tętni życiem, prezentacja naszej kaczki jest high style, kucharz kroi biednego ptaka na srebrnym talerzu a kelnerka oddziela kawałki mięsa. Podaje je z naleśnikiem ryżowym, sałatką i słodkim sosem. ja zadowalam się okra i piwem.
Dzien 2.
Następnego dnia rano, śniadanie w tradycyjnym barze z lokalnymi ludźmi. Zjadam pyszne pierożki z mąki ryżowej z warzywami za niecałe $1.5. Znòw jest gwarno, bar- mama, piskliwym głosem woła na obsługe i klientòw.
Ruszamy do grobowcòw Ming, trzeciego cesarza z dynastii, oglądamy swiątynie i pałac ze zbiorami ubioròw cesarza, ozdòb ze złota i jadeitu i posąg cesarza z brązu. Kolor czerwony i zòłty, złoto i jadeit przysługiwaly tylko cesarzowi i jego rodzinie. Cesarz miał około 3000 kochanek, wybieranych z najlepszych rodzin arystokratòw, ale tylko około 300 najpiękniejszych miało szansę na randezvous z cesarzem. Ostatnie 3 dynastie to mongolska (yuang), chinska (ming) i mandżurska (chin) ktòra panowała do rewolucji w 1911. Potem Chiny były demokracją aż do przewrotu Mao w 1949 i utworzenia Chinskiej Republiki Ludowej.  Rząd uciekł wtedy na Tajwan, zabiarając cały skarb, i po dziś dzień Tajwan nie uznaje rzadu chińskiego. I vice versa. Tylko 20 państw na świecie uznaje tajwan, między innymi watykan.
Chińczycy , zwłaszcza młodzi, są bardzo zindokrynizowani, nasza chińska przewodniczka głosi że Mao to ich ojciec i wyzwoliciel narodu. Mòwi to tylko do mnie, po angiesku, więc raczej w to wierzy.
Kolejne kroki kierujemy do sklepu jadeitu. Moje oko przykuwa tradycyjna rzeźba z białego jadeitu, przedstawiająca kapustę... podobają mi się też zielone smoki, symbol Chin. Smok odzwierciedla naturę przeciętnego chińczyka, ma wielkie usta i lubi połykać pieniadze, ale ich nigdy nie wydala. Podobnie chinczycy, lubia miec pieniądze w banku i cenia biznes, ale nie lubią wydawać  lub dzielić się nimi. Niechetnie też dopuszczają obcokrajowcòw do biznesu.
Kupuje wisiorki z jadeitu, bo na piękną branzoletkę mnie nie stać.  Prosta, elegancka jasnozielona obrącz, ktòrą panie noszą tylko na lewej ręce, co podobno przywraca balans organizmu.

Czas na najwieksza atrakcje, jedziemy pod wielki mur i kolejka kablowa na szczyt. Podziwiam piekny widok razem z milione zapoconych chinczykow, scisk jak w metrze londynskim. Mur ma 21 tys km dlugosci i miejscami jest bardzo stromy. Budowa rozpoczela sie 3 tys lat temu, w celu obrony przed napadami koczowniczych ludow z polnocy, pradziadow mandziarow ( dzisiejszych wegrow). Widoki sa piekne, waz muru, gdzieniegdzie wiezyczki wsrod gor polaczonych lasem.

Spoceni, zmeczeni udajemy sie do fabryki herbaty gdzie smakujemy 5 podstawowych herbat i uczymy sie chinskiego sposobu zaparzania herbaty. Mi bardzo smakowala zielona herbata jasminowa,oolong i herbata owocowa z jadalnymi fusami. Natomiast puer smierdziala jak stara piwnica. Dzien konczymy wizyta w operze chinskiej. Aktorzy odtwarzaja 3 historie, starego rybaka ktory probuje poderwac mloda dziewczyne, boginii ktora schodzi na ziemie obserwowac ludzi i kochanki cesarza, ktora tanczy a potem popelnia samobojstwo po przegranej bitwie swego kochanka. Piekne tradycyjne stroje i makijaze, pelen gracji taniec i piskliwy spiew. Robi wrazenie. Na kolacje idziemy do knajpy z mini grilem na wegiel na kazdym stole, probuje smazonych grzybow i warzyw. Chinskie piwo tez nie jest zle. Za go zly jest brak komunikacji ze swiatem,nie ma szans na dostep do fbooka lub google. What's up zadzialal przez chwile i koniec. Takze mam detoks od technologii, czy tego chce czy nie.
Pytam przewodnika o mentalnosc chinczykow. Typowy chinczyk interesuje sie tylko rodzina i binesem. Praca jest swietoscia, natomiast nikt nie zajmuje sie polityka. Jednostki ktore kwestionuja stan rzeczy sa eliminowane.

Dzien 3. Po sniadaniu (  pierozki po raz drugi, mniam mniam) kierujemu sie do zakazanego miasta przy placu niebianskiego spokoju. Zakazane  miasto do dawna siedziba zimowa cesarzy, obecnie ozdobiona wizerunkiem Mao. Jest to najwiekszy kompleks palacowy i plac swiata. Nie robi ma mnie wiekszego wrazenia. Palace sa puste w srodku bo caly skarb zostal wywieziony na tajwan. Ogrody sa marne w porownaniu z ogrodami japonii, czy nawet angielskimi. Najwieksze wrazenie, negatywne, robi niebo. Szare, bez chmur, widocznosc zaledwie na kilkadziesiat metrow. Cale miasto tonie w smogu.
Z palacu zimowego udajemy sie do palacu letniego, ktorego budowa stala sie gwozdzia do trumny ostatniej dynastii cesarzy i doprowadzila do rewolucji.  Palac i swiatynie usytuowane sa na sztucznie usypanej gorze przy sztucznym jeziorze pelnym lilii. Plyniemy lodka na drugi brzeg, gzie podziwiam piekny bialy most na 7 filarach, przyozdobiony statuami smokow.
Czas opuscic chiny. Przez kolej transayberyjska w strone mongolii.